Matka Boża z Guadalupe

Kochani, wróciłem z pielgrzymki zauroczony Matką Bożą z Guadalupe. Mimo, że powinienem dziś namawiać do rekolekcji, będę to czynił tylko ustnie. Nie gniewajcie się, że podzielę się i tutaj swoim przeżyciem, choć uczyniłem to już na łamach naszego Tygodnika Polskiego. Może nie wszyscy wezmą go do ręki, a chciałbym po prostu opowiedzieć każdemu…

Otóż z cudami dzieje się tak, że nie zrodzą wiary. Mogą ją wzmocnić, podbudować, ożywić, ale jeśli człowiek wcześniej nie wierzy, to nawet największy cud świata wytłumaczy sobie po prostu „jakoś tam” i ma spokój. Musi istnieć choćby iskierka, „knotek o nikłym płomyku”, żeby zaistniały cud ugiął kolana i uświadomił człowiekowi jak jest mały – nie tylko wobec samego Boga, ale wobec praw przyrody, ogromu świata, czasu, wobec… tak naprawdę wobec wszystkiego.

Doświadczyłem, dotknąłem niezwykłego cudu. Widziałem Matkę Bożą w Guadalupe. Może ktoś powiedzieć, że sanktuarium jak inne, że też tam był, że… Ale czy widziałeś, czy dostrzegłaś, spotkałeś tam Ją samą?

Historia ma w sobie pewien element powtarzalności, choć objawienie z 1531 roku jest pierwszym z uznanych w Kościele Niemłody już Indianin, wdowiec, idzie znajomą ścieżką przez góry do miasta, ale słyszy nagle niezwykły śpiew ptaków. Podążając za głosem dostrzega kobiecą postać, która przedstawia mu się jako Matka Zbawiciela i posyła do miejscowego biskupa z żądaniem wybudowania właśnie w tym miejscu świątyni. Przy czwartym widzeniu daje Indianinowi znak dla niedowierzającego biskupa: każe Juanowi Diego zebrać do płaszcza naręcze róż, a kiedy ten później rozchyla poły płaszcza przed zdumionym hierarchą Kościoła, by wysypać niezwykłe w grudniu (i w górach) znalezisko, na płaszczu ukazuje się zebranym wizerunek Kobiety, która jest obleczona w słońce i ma pod stopami księżyc.

Różnice pomiędzy tym, a innymi objawieniami polegają na tym, że późniejsze ukazania się Niepokalanej widzą raczej dzieci, bardziej niewinne istoty, a także na tym, że właściwie każde zawiera jakieś wezwanie do pokuty, przestrogi, ostrzeżenia i zapowiedzi. Tutaj słyszymy tylko niezwykle czułą rozmowę, Matka nazywa swojego sługę zdrobniale „Juanito”, a on mówi do niej „dzieweczko”, przy czym należy tu ten wyraz odrzeć z wszelkich podtekstów. Do dziś zachowało się dość szczegółowe sprawozdanie z tego wydarzenia, a także niecodzienny świadek: wizerunek.

Utrwalony został na tilmie, płaszczu, a właściwie pelerynie z nietrwałych włókien agawy, po których już po kilkunastu latach powinien zostać tylko proch. Tymczasem do dziś materiał nie nosi śladów jakiegokolwiek zmęczenia czasem, a obraz… Cóż, obraz nie jest obrazem w naszym rozumieniu. Nie ma tam ani podkładu, ani farb. On po prostu jest, istnieje w niewytłumaczalny nawet dla dzisiejszych naukowców sposób, jak na przykład Całun Turyński, choć w tym wypadku mówimy o wizerunku kolorowym. Róż szaty, normalnie nie przepuszczający promieni podczerwonych, tu zachowuje się jakby go nie było, choć nie zmienił odcienia przez pięć wieków, podobnie zresztą jak i inne kolory. Mnóstwo elementów zasługuje na uwagę, jak choćby to, że układ gwiazd na płaszczu okazuje się układem widocznym właśnie 12 grudnia 1531 roku, w dniu owego „cudu róż”.

Ale najbardziej niezwykłe są oczy. Pod ogromnym powiększeniem źrenice kryją odbicie kilkunastu postaci, z których najwyraźniej odróżnić można twarz chyba Juana Diego, stojącego najbliżej, także biskupa, i na przykład… czarnoskórą służącą, której istnienie (i uwolnienie za dobrą służbę) potwierdzają źródła historyczne, choć w początkach podboju Meksyku – jak twierdzą historycy – nie powinno być jeszcze czarnoskórych niewolników. „Nie istnieją dziś narzędzia, którymi człowiek mógłby coś takiego namalować. Nie mówimy tu o pędzlu czy piórku, w niektórych miejscach nawet włos byłby za gruby” – to świadectwo badacza, który odkrył dodatkowo, że odbicia w oczach różnią się od siebie, pokazując sytuację pod nieco innym kątem, w myśl zasad spektometrii odkrytych zresztą całe wieki później.

Wielu z tych faktów nie znali Indianie dzisiejszej Ameryki Środkowej i Południowej w szesnastym wieku, ale widząc, jak Niewiasta przesłania Słońce i depcze Księżyc, najpotężniejszych bogów ich dawnego, okrutnego kultu, z radością pobiegli za Nią do Syna. Nie można pominąć milczeniem okrucieństwa hiszpańskich konkwistadorów, jednak nawet oni nie ochrzciliby siłą całego kontynentu, gdyby nie czuła obecność Pięknej Kreolki, jak dużo później określił ktoś jej rysy, pokrewne Indianom, Metysom i Hiszpanom. Już w pięć lat po wydarzeniu liczba przystępujących do chrztu Indian sięgnęła 9 milionów. Czym byłby tamten świat gdyby nie Ona i gdyby nie jej wołanie: „tutaj usłyszę twój płacz”… Być może dlatego płakałem tam jak bóbr, nie nadążając ocierać łez? I sam nie wiem dlaczego.

Jednak nie tyle o swoich prywatnych przeżyciach chciałem tu wspomnieć, ile o fenomenie, na który nauka nie znajduje dziś odpowiedzi. I o milionach ludzi, którzy znajdują tam pokój.