Uroczystość Świętej Rodziny
Nic, kochani, nic! A właściwie nie całkiem, bo świętowanie to nie nic, to COŚ! Wokół naszego kościółka spokój, cisza, trwają tylko przygotowania do sylwestra, ale to jakby trochę poza świątynią. Natomiast po Bożym Narodzeniu a przed Nowym Rokiem jeszcze trochę spokoju, może dla niektórych nawet błogiego lenistwa…
Właśnie o tym dziś chciałem trochę potraktować (oczywiście, że sam się zastanawiam, czy pisanie małego traktatu, takiego „traktaciku”, można nazwać potraktowaniem”, ale niech już tak zostanie). Wszyscy na około zachęcają do świętowania w ruchu, aktywnego, czynnego, ciekawego, pożytecznego. A ja – wkradając się nieśmiało ze swoim pisaniem w ten świąteczno-noworoczny czas wolny chcę Was trochę zachęcić do… zmarnowania czasu. Do takiego wysiedzenia, czy wyleżenia się na całego, może nie do wynudzenia, ale do dolce far niente, słodkiego nicnierobienia. Chyba jest tak, że prawdziwe świętowanie musi mieć w sobie coś z porzucenia codziennego rachowania, pożytkowania czasu i okazji, trenowania ciała i umysłu. Czas świąteczny, a tak naprawdę w ogóle czas wypoczynku, powinien moim zdaniem wymykać się codzienności i wyrywać poza ramy, rachuby i wymiary. Powinien być czasem „innym”, innym niż codzienność, niż praca, sprzątanie.
Wprawdzie często słyszy się, że ci, co pracują fizycznie powinni świętować i wypoczywać bardziej „intelektualnie” i na odwrót, ci, którzy zarabiają na życie umysłem, wypoczywać powinni aktywniej fizycznie – i naturalnie jest w tym dużo racji, ale wydaje mi się, że nieraz potrzebujemy takiego „nic”, żeby wypocząć naprawdę, wyzerować wszystkie swoje liczniki, mierniki, odprężyć i szare komórki i mięśnie, zresetować się, jak to mówią niektórzy fachowcy od komputerów.
Kiedy byłem diakonem, rok przed święceniami kapłańskimi (mój Boże, jak to było dawno!), wybrałem się w czasie wakacji na spacer po Tatrach, zupełnie sam i zupełnie „na dziko”. Kiedy jednak przyjechałem do Zakopanego, dowiedziałem się, że tam, w naszym domu zakonnym, jest na wakacjach mój kolega z seminarium, więc postanowiłem pierwszą noc spędzić tam właśnie, a potem dopiero pójść po górach dalej. Chciałem iść zupełnie swobodnie, szukając noclegu tam, dokąd dojdę, wybierając trasę dzień wcześniej, albo nawet rano, idąc tyle, ile mi się będzie chciało. Ot, kilka dni takiego niespotykanego nigdzie indziej wolnego życia.
Jednakże przełożony tego domu, witając mnie, od razu zbił mnie z tropu. „Gdzie masz zamówiony jutro nocleg?” – to było pierwsze pytanie. Nigdzie nie miałem. „Żadnej rezerwacji hotelu, wyznaczonej trasy, terminów? Jak twoje życie tak ma wyglądać, to ja to muszę donieść rektorowi, bo tak nie można, nie będzie z ciebie żadnego pożytku, będziesz bałaganiarzem…” Najpierw się trochę przestraszyłem, także samego siebie, ale później, już po uspokojeniu, wykłóciłem się o swoją rację, aż dopiąłem swego – ów starszy i skądinąd mądry kapłan zgodził się, że w pewnych okolicznościach tak można, a nawet trzeba. Im więcej człowiek ma na co dzień terminów, godzin, spotkań, ograniczeń, tym bardziej tęskni za zdjęciem zegarka. I ma do tego prawo.
Pamiętam tamte wakacje do dziś, tęsknię do takiego czasu, marzę o takiej możliwości chociaż raz na kilka lat – i choć na razie mi się nie spełnia, to jednak w tym czasie „pomiędzy” właśnie takiego „klimatu” i Wam i sobie życzę. A o Nowym Roku i jemu właściwych życzeniach porozmawiamy następnym razem…

