Co w trawie piszczy w Wielkim Poście…
Trochę się przestraszyłem. Przeczytałem – dla przypomnienia – co w trawie piszczało o Adwencie. Nie pamiętałem już, że byłem (przynajmniej dla siebie samego…) tak przekonywujący. Że sam z takim zaangażowaniem zabierałem się do przeżywania tego Czasu Oczekiwania, i że jeszcze o tym napisałem. Jakoś codzienne bieganie za wieloma sprawami zaciera później wiele wrażeń, wspomnień, i to pewnie z tego powodu zdarza mi się czasem z ciekawością czytać to, co sam przelałem na papier. (A przestraszyłem się tego nie pamiętania właśnie: czy to już zaczyna się ten czas w życiu, kiedy się lepiej pamięta swoje pieluchy niż wczorajsze spotkanie?)
Tymczasem myśli podobne do tamtych kotłują mi się w głowie w stosunku do Wielkiego Postu; że trzeba, że warto, że tak naprawdę nie można inaczej, i to przecież nie dlatego, że Bozia się na nas pogniewa, ale że przestaniemy być prawdziwi, jeśli zaniechamy, porzucimy jakikolwiek z trzech podpowiadanych nam przez Kościół (a tak naprawdę przez samego Mistrza z Nazaretu) wymiarów Wielkiego Postu: postu, modlitwy i jałmużny.
Na chwilkę zatrzymajmy się na samych nazwach: przyjemniej się mówi po angielsku, że Post, ten Wielki, to jest Lent, bo wtedy jego wezwania, czy nawet wyzwania, nie zamykamy do postu w sensie fasting, zaledwie powściągliwości w jedzeniu i piciu. Już to rozróżnienie sprawia, że człowiek uważniej przypatruje się pozostałym dwóm wymiarom tego świętego czasu: modlitwie, która jest podstawą życia duchowego, bez której nie ma nic, i jałmużnie, która udowadnia światu i nam samym, że nasze lenistwo nie jest większe niż nasze dobre chęci; jałmużnie, która jest konkretnym wyrazem miłości, przetłumaczeniem na język czynów tego, co pomyśli głowa, albo wypowie język.
Od terminologii przejdźmy do najważniejszej różnicy. W Środę Popielcową rozmawialiśmy (jaka szkoda, że z konieczności tak pobieżnie) o kanonach Kodeksu Prawa Kanonicznego. O tym, że Kościół, aby ułatwić nam spotkanie z Bogiem, podpowiada nam, że możemy pokutować wspólnie, wspierając się wzajemnie w konkretnych momentach przez modlitwę, a także przez konkretne wybory (na przykład wspólne posiłki w domu są łatwiejsze, kiedy post praktykuje cała rodzina, albo kiedy wszyscy zgadzają się na rezygnację z czegoś, by komuś potrzebującemu przekazać zgromadzone w ten sposób oszczędności). A także o tym, że te szczególne momenty pokuty to wszystkie piątki roku oraz okres Wielkiego Postu. Właśnie! Nie ma tu Adwentu! Dzieje się tak dlatego, że chociaż Adwent jest Czasem Oczekiwania, czy Przygotowania, to towarzyszy mu radość niedalekiego spotkania z Przychodzącym, nie jest okresem pokuty. To odróżnia go od okresu Postu.
Zatem pokuta. Trudne spojrzenie wstecz i uznanie, że nie tylko ideałowi, jakim jest Jezus, ale nawet sobie samemu (w tym wymarzonym, czy zamierzonym sensie), nie dorastamy do pięt. Że potrafimy nie tylko mówić brzydkie słowa i kraść cukierki, ale naprawdę swoim gniewem i złością, swoimi decyzjami, czynami i wyborami potrafimy przynieść ludziom ogromną krzywdę. Że brak działania, a choćby opowiedzenia się za prawdą czy sprawiedliwością, w wielu sytuacjach decydują, że tę krzywdę bez przeszkód wyrządza ktoś inny.
A kiedy już napatrzymy się na takich właśnie nas, na takich siebie, to trzeba sobie uświadomić, że wówczas zwykłe „przepraszam” nie wystarczy. Że może niegrzeczne słowo, czy (delikatne) nadepnięcie komuś na odcisk jeszcze może zostać (prawie) zapomniane, przeszłość jakby odwrócona, ale nasze zło często sięga dalej, głębiej, miażdży tak, że następuje nieraz amputacja jakiejś części skrzywdzonego człowieka i wtedy trzeba więcej… Wtedy trzeba tego czasu pokuty, żeby jakoś naprawić, zadośćuczynić (jakie zapomniane słowo) i się zmienić. Do tego właśnie jesteśmy zaproszeni w czasie Wielkiego Postu.

